Moje zakupy z Berlina - Primark, DM i Kiko.

   Gdy dowiedziałam się mniej więcej na początku marca, że jadę do Berlina 12 maja zaczęłam pomału odkładać gotówkę. Powód był prosty - Primark, DM, Kiko i mogę tak wymieniać w nieskończoność. Co prawda i tak w ostateczności obłowiłam się głównie w Primarku, ale to było do przewidzenia.
   Bilet na PolskiBus udało mi się dorwać za 12 zł w dwie strony (jechała ze mną koleżanka), wyjazd był o 2:25 w nocy z Wrocławia, a powrót z Berlina o 19:00. Nie ukrywam, że było to męczące, ale satysfakcja jak wracało się z pełnymi torbami była nie do opisania. Jakbyście miały jakieś pytania co do przemieszczania się po Berlinie to piszcie w komentarzach z chęcią odpiszę.


   Przejdźmy do moich zakupów, zacznę od tych z Primarku. Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale jest dzisiaj u mnie naprawdę beznadziejna pogoda, a to miejsce w którym fotografuję kosmetyki do postów jest za małe na fotografowanie ubrań :(.

1) szorty 7euro


2) napis Love 1euro


3) biustonosz w kropki-5euro, różowy-8euro)


4) bluzka 6euro


5) bluzka 3euro/sztuka


6) pasek 2euro (zapomniałam zrobić fotki :( )

7) bluzki 9euro/sztuka


8) koszulka5euro


9) kurtka jeansowa 15euro


10) skarpetki 3euro


11) bluzka 2,50euro/sztuka


12) portfel 6euro


13) apaszka 4euro


14) trampki 3 euro


+t-shirty dla taty (3euro/szt) i brata oraz dla synka koleżanki (2euro/szt) (już wszystkie powędrowały do tych osób).

DM
1) krem do twarzy 2,95
2) podkład p2 4,95euro
3) jajko ebelin 2,45


Kiko:
1) lakier do paznokci 1,90


+ kilka rzeczy typowo spożywczych.
 

Moje zdobycze z trwającej 3 tygodnie promocji Rossmanna.

  Nadgodziny to niedługo stanie się nadrzędne słowo w moim życiu. Non stop praca, już nawet nie wiem co to nauka, a za 3 tygodnie pierwsze kolokwia i egzaminy ;o. Ogarnia mnie przerażenie, bo nic się nie uczę. Nie mam zupełnie na to czasu ani chęci (szczególnie gdy wracam do domu wieczorami).

  Ten post miał się pojawić trzy dni temu, ale kilka rzeczy uniemożliwiło mi jego zamieszczenie m.in. nadgodziny. "Ten post" to nic innego jak podsumowanie mojego szaleństwa w Rossmannie, a raczej jego brak. Moje zakupy były robione z głową z prostej przyczyny - jutro jadę do Berlina i przydadzą mi się tam pieniądze :).
Gdy w poniedziałek 3 tygodnie temu rozpoczęła się promocja na wszelkie produkty kolorowe do twarzy (-49%) byłam w Rossmannie punkt 9:00 obawiając się tłoku i walki kobiet o kosmetyki. Jakie było moje zdziwienie gdy okazało się, że jestem jedyną klientką, która wie o promocji! Jednak dało mi to przewagę, ponieważ mogłam przebierać w szafach bez większego problemu. Co prawda już kilka produktów było otwartych, ale udało mi się dorwać jeszcze te "szczelnie" zamknięte. Kupiłam podkład Bourjois 1 2 3 Perfect (25,99zł) oraz bazę Rimmel'a (ok. 11zł).


Tydzień później rozpoczęła się promocja na wszystko do oczu. Również wybrałam się na samo otwarcie i kobiet było naprawdę dużo jak na 9:00 rano. Bez problemu na szczęście wzięłam to co chciałam, czyli tusz do rzęs Maybelline One by One, który po obniżce kosztował 20 zł i parę groszy (niestety wyrzuciłam paragon).


W ostatni poniedziałek gdy zostały przecenione produkty do ust i paznokci niestety nie pojawiłam się na samo otwarcie, bo pojechałam dopiero we wtorek i to po pracy (czyli grubo po 17:00). I już w autobusie jechały ze mną kobiety z drugiego końca miasta by napaść na Rossmanna :D. Z "wojny" wyszłam cało, ale bardzo zniesmaczona tym co zobaczyłam. Mazianie się testerami jest naprawdę okej, ale otwieranie co drugiej pomadki by przejechać nią sobie po ręce wku..rzyło mnie niesamowicie! Co z tego, że dwóch ochroniarzy stoi wokół jak żaden nie zareaguje, pomijam pracowników, którzy mieli to totalnie w czterech literach. Musiałam przekopać całą szufladę by znaleźć dwie nieużywane, nieobgryzione, niemaźnięte szminki w kredce (jedna dla mojej mamy). Nie wspomnę o tym, że żeby się dopchać do szaf jakiejkolwiek firmy to graniczyło z cudem, przepychanie się i trącanie łokciami to była norma. Grzeczne "przepraszam" w końcu nie wystarczy... Cieszę się, że w ogóle udało mi się dostać nieużywane egzemplarze, bo słyszałam, że w niektórych Rossmannach królowały używane, pootwierane produkty!
Z wojny wyszłam ze szminką w kredce firmy Astor (ok. 12zł) w odcieniu Burnt Rose (009) oraz odżywką Eveline do paznokci (ok. 6zł)




Druga połowa kwietnia w zdjęciach.

   Ostatni post z moimi zdjęciami z pierwszej połowy kwietnia przypadł Wam do gustu, co mnie bardzo cieszy :). Następne takie posty będą się już pojawiały pod koniec miesiąca i nie będę je dzielić na dwie części jak to się stało w przypadku kwietnia.
   Dodatkowo postanowiłam sprawdzić czy potrafię być szczęśliwa 100 dni z rzędu i od dzisiaj codziennie na moim instagramie (klik) możecie podziwiać fotki rzeczy, które mnie uszczęśliwiają! Zachęcam również Was do dołączenia, a więcej o akcji poczytacie tutaj (klik)!!!


1. Popcorn i dobry film, uwielbiam to połączenie :) 
2. Mój kask z kojotem w tym roku się kurzy, niestety. Nie wiem czy nie pomyśleć nad jego sprzedażą, ale mam do niego ogromny sentyment :(.
3. Strusie, a raczej farma strusi w Glinicach, którą odwiedziłam z koleżanką z pracy i z jej synkiem.
4. Tak wyglądało nasze wspinanie się na Ślężę - w deszczu, w słońcu, w wietrze, ale doszliśmy!
5. i 6. Na dowód zdjęcia z samego szczytu!


7. Rodzinne zdjęcie z babcią, bratem i jego żoną na weselu kuzynki.
8. Tańce z tatusiem, a zdjęcie znaczy dla mnie wiele, ponieważ tata nie lubi jak robi mu się zdjęcia :(.
9. Mój weselny outfit, czyli taki dzień, w którym można mnie zobaczyć w sukience i w butach na obcasie! :)
10. Z pomocą mamy, ale fryzura się udała, a co najważniejsze przetrwała całe wesele! 

Fitokosmetik glinka kambryjska do twarzy i ciała.

  Wiem, że ostatnio bardzo zaniedbuję bloga, ale mam tak zapełniony każdy dzień, że czasem jest ciężko znaleźć jeszcze energię na stworzenie nowego wpisu bądź nagranie filmu. Do tego doszło mi sporo problemów osobistych. Wiele z Was ostatnio pyta kiedy wrócę na YT  (to bardzo miłe wiedzieć, że ktoś tam jeszcze o mnie pamięta). Planuję dla Was coś nagrać w ten długi weekend majowy.
   Dzisiaj zapraszam Was do lektury recenzji o zielonej glince kambryjskiej, której ja używam tylko i wyłącznie do twarzy.


Od producenta:
"Glinka Kambryjska to najstarsza na świecie glinka, stworzona przez naturę 500-600 milionów lat temu. Zawiera wszystkie mikroelementy, których potrzebujemy, a mianowicie: krzem, fosfor, żelazo, wapń, magnez, potas, srebro, mangan, cynk, aluminium, miedz, kobalt, molibden itp. Glinka błękitna kambryjska to doskonały środek kosmetyczny. Ma właściwości oczyszczające, przeciwzapalne i dezynfekujące. Glinka stymuluje krążenie krwi i przyspiesza procesy przemiany materii w skórze. Maseczka na bazie glinki kambryjskiej doskonale oczyszcza skórę, reguluje metabolizm, sprzyja regeneracji naskórka, zwęża pory. Posiada wzmacniające działanie, poprawia kontur twarzy, redukuje zmarszczki i odmładza skórę. Stosowanie ciepłych okładów z glinki kambryjskiej skutecznie pomaga pozbyć się cellulitu, stopniowo zmniejsza podskórną tkankę tłuszczową, likwiduje efekt "pomarańczowej skórki". Glinka przywraca skórze jędrność i elastyczność."

Sposób użycia:

Maseczka kosmetyczna: Zmieszać glinkę w proporcji 1:1 do uzyskania gładkiej pasty. Po zmyciu maseczki zaleca się zastosować łagodny krem odżywczy.
Ciepłe okłady: Zmieszać glinkę z wodą w proporcji 1:1 do uzyskania gładkiej pasty. Nałożyć grubą warstwę na obszary problemowe, owinąć folią, pozostawić na około 20-30 minut, zmyć ciepłą wodą. Stosować 2-3 razy w tygodniu.



Pojemność i cena:
100 g (dwa woreczki po 50g), ok 10zł.

Dostępność:
Sklepy internetowe z rosyjskimi kosmetykami m.in. Skarby Syberii .

Moja opinia:
  W kartonowym opakowaniu otrzymujemy dwa woreczki po 50g. Niestety nie są to woreczki strunowe, więc ja po rozcięciu zabezpieczyłam jeden z nich spinaczem. O dziwo nic się nie rozsypuje, więc mogę Wam polecić tę metodę :).
  Do tej pory nie napoczęłam drugiego woreczka więc jak możecie się domyślić glinka jest niesamowicie wydajna (stosuję glinkę od ok. 1,5 miesiąca przynajmniej raz w tygodniu)! Tylko jak zaznaczałam na początku ja swoją stosuję tylko i wyłącznie na twarz, więc pewnie przy używaniu jej na ciało zużycie było by o wiele większe. Jeśli chodzi o proporcję to do miseczki daje mniej więcej małą kopiastą łyżeczkę lub płaską łyżkę stołową i dodaję wody na wyczucie (tak by glinka nie zrobiła się za rzadka!).
Gotową maseczkę nakładam na twarz pędzelkiem i pozostawiam na ok. 20 minut, po czym zmywam ciepłą wodą (czasem pomagając sobie gąbeczką Calypso). 


  Efekt jaki zastaje po zmyciu to przyjemnie gładka i matowa skóra (nie przesuszona!), a pory są widocznie zmniejszone. Bardzo lubię po takim zabiegu nakładać makijaż, ponieważ skóra wolniej się przetłuszcza i makijaż lepiej się trzyma na twarzy. Oprócz tego wszelkie zapalne zmiany goją się szybciej i pojawiają się rzadziej, co jest dla mnie ogromnym plusem.
  Glinkę poleciłabym osobom, które mają cerę tłustą jak ja i borykają się dodatkowo z rozszerzonymi porami. Rosyjski "specyfik" mianuję swoim ulubieńcem i jestem ciekawa innych glinek z firmy Fitokosmetik.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...