O tym gdy czara goryczy zaczyna się przelewać...

     Czy też czasami macie takie dni gdy wszystko na około Was delikatnie mówiąc wkurza i macie taką niemijającą świadomość, że hmm wegetujecie?! Jeśli tak, to ten wpis jest dla Was! A jeżeli nie, to i tak zachęcam do przeczytania ;).
     Może najpierw zacznę od tego czym jest ta tytułowa "czara goryczy". Czara goryczy... Zazwyczaj przelewa się wtedy gdy coś się non stop powtarza albo gdy coś zamiast zmienić się na lepsze zmienia na gorsze, czasami też ewentualnie stoi w miejscu nad wyraz za długo. Myślę, że przykładów takich sytuacji nie muszę podawać, bo pewnie wiele z Was ma już w głowie przykład takowej.
W pewnym momencie naszego życia przychodzi po prostu taki moment, że mamy poczucie, że możemy więcej! Więcej wymagać od siebie, więcej osiągnąć, więcej wymagać też od innych... Uważam, że to dobry moment i dobre odczucia, bo to oznacza, że się rozwijamy, dojrzewamy i zaczynamy dostrzegać swoją pozycję w świecie i w jakiejś tam panującej hierarchii, po której drabinie chcemy się wspinać. Ta cała "czara goryczy" to dobry motorek napędowy do pewnych zmian, a więc po:

1. Wyciągnij kartkę! Obojętnie jaką, tylko może nie czarną, bo jeszcze będzie depresyjnie nastrajać, a tu nie o to chodzi. Naskrob (czyt. wypisz) na niej wszystkie rzeczy, które według Ciebie działają destrukcyjnie (czyli po prostu mają negatywny wpływ na Ciebie).
2. Naklej ją w widocznym miejscu (np. nad monitorem) i zastanów się co jesteś w stanie zrobić by w jakiś sposób zmienić te rzeczy.
3. Jeśli już wpadłaś na receptę idealną zawsze możesz spisać ją na kartkę, ale ja po prostu proponuję zacząć pomału wcielać w życie. Spisywanie na kartkę idealnych recept nie jest dobre, bo i tak się osiądzie na laurach (takie jest moje zdanie). 
4. DZIAŁAJ! 


     Pamiętajcie, że wszystko siedzi w naszej głowie, szczególnie wszelkie ograniczenia (o tym przekonałam się szczególnie podczas biegania)! Bardzo często boimy się zmian, tego co nowe, przywiązujemy się za bardzo do tego co jest tu i teraz, i nie chcemy tego zmieniać. Przyzwyczajenie czy przywiązanie nie jest dobrym kompanem, bo często zatracamy samych siebie. A gdy przychodzi popatrzeć nam w lustro widzimy wyssaną z energii osobę, która w ogóle nie przypomina nas. W pewnym momencie po prostu musimy odciąć pępowinę i pozbyć się tego co działa na nas tak destrukcyjnie bądź sprawia, że najzwyczajniej w świecie wegetujemy.
Myślę, że zbliżający się Nowy Rok powinien być naszym kopniakiem do działania! I cholera wiecie co Wam powiem, że w 100% jestem pewna, że 2015 rok będzie najlepszym rokiem w moim życiu!!! Pewnie się w ogóle zastanawiacie czemu taki post... Otóż już Was oświecam - po prostu w moim przypadku czara goryczy się właśnie przelała!



Jak trafić na idealnego mężczyznę?

     Myślę, że każda z nas ma na swoim koncie porażki w kwestii dobierania sobie partnerów jak i "sukcesy", tyle że po drodze coś nie "pykło". Jak pamiętacie bądź też nie przez jakiś czas miałam konto na portalu, który stricte randkowym nie był i nie poznałam tam wyjątkowo inteligentnych facetów. Nawet naskrobałam wtedy post o typach facetów, których poznałam na tym "zacnym" portalu (klik)! Po tam tym poście napisała do mnie Dominika (jedna z blogerek) i poleciła portal, który ma jakże jednoznaczną nazwę "SYMPATIA". Straciłam około 10 zł na miesięczny pakiet premium i stwierdziłam - zaryzykuję!
     Przyznam szczerze, że myślałam, że gdy płaci się za portal to poznam tam kogoś bardziej inteligentnego i wartościowego. Nic bardziej mylnego! Dodaje kolejny typ faceta.

"Kiedy będziemy się całować?"
Pierwsze spotkanie w realu było miłe, może gdzieś tam czasami brakowało tematów do rozmów, ale tragedią bym tego nie określiła. Jednak gdy po pierwszym spotkaniu dostałam zapytanie na fb "Kiedy będziemy się całować?" kopara mi opadła... Wiem, że ten chłopak może to czytać, więc jeśli tak jest BŁAGAM NIE POPEŁNIAJ TEGO SAMEGO BŁĘDU! I nie tłumacz się, że to flirt, bo jeżeli tak wygląda podryw z Twojej strony to jak widać uciekłam. Pomijam to, że na koniec usłyszałam, że jestem "wredną s*ką". Mówi się trudno ;). 

     Morał z tego taki, że idealny mężczyzna znajdzie się sam. Trafi się na niego przypadkiem, bez szukania na siłę, bez niepotrzebnych kont na portalach randkowych itp. Ja wiem, że czasem doskwiera nam babom samotność i gdy wszystkie koleżanki zmieniają statusy na facebook'u my też musimy kogoś mieć. Ale powiem Wam coś do czego doszłam po tych wszystkich internetowych znajomościach i randkach. Samotność jednak ma swoje plusy! Wychodzisz z koleżankami kiedy chcesz i wracasz kiedy chcesz, nie musisz się spowiadać, nie musisz myśleć nad prezentami, robisz głupie rzeczy i uśmiechasz się do każdego faceta, który Cię mija i nikt Ci nie zarzuci zdrady! 
Pewnie liczyłyście na jakiś happy end, ale moim zdaniem to jest happy end. Może się nie zakochałam, ale doszłam do pewnych wniosków, dzięki którym zauważyłam takie małe rzeczy, które tak ogromnie cieszą. Świat nie kręci się wokół peni... facetów ;). Są też inne przyjemności i inne sposoby spędzania czasu. I wiecie co jestem dobrym dowodem na to, że bez facetów da się cholera żyć. W końcu najważniejsze to mieć wokół siebie grono genialnych ludzi, którzy zawsze będą dla Ciebie i z Tobą (oczywiście niech to funkcjonuje w dwie strony), pasje (moją jest np. bieganie albo blogowanie) i czasem zająć głowę czymś mądrym (czyt. nauką w końcu sesja się zbliża!). 



Październik, listopad i początek grudnia w zdjęciach.

     Wiem, że ten post miał się pojawić wczoraj, ale mój wczorajszy humor i energia do życia wygoniły mnie do łóżka. Co prawda dziś jest tylko odrobinę lepiej, ale mimo to wrzucam post ze zdjęciami z października, listopada i początku grudnia. 


1. Cydr razy dwa za "drobną" przysługę. Opłaca się pomagać, prawda?! :D
2. Nowa czekolada Milka, jeszcze niedostępna w PL o ile się nie mylę... W każdym bądź razie była PRZEPYSZNA!!!
3. Berlin... <3 Nic dodać nic ująć! Czyli moja październikowa wizyta w tym pięknym mieście.
4. A takie podnoszące na duchu, miłe zdanie przylepione do mojego monitora ;).
5. Jeszcze z długimi włosami... Ach!
6. Naleśniki u genialnego kolegi W. Pewnie i tak tego nie czyta, ale Twoje rapowanie przy ich tworzeniu niezapomniane! :D


7. I już w "krótkich" włoskach. Trochę lżej na głowie :)
8. BIEGAMY!!! I nie ma, że zimno, że deszcz czy ciemno! 
9.Pierwsze zawody na następny rok już zaplanowane <jupi>! 
10. Moje pierwsze Essie zamówione przy okazji DDD. 
11. Promocyjny zestaw z SP z Seche Vite za jedyne 19,99zł :)


12. Wrocławska choinka - najpiękniejsza!
13. Jak urozmaicić sobie wypad na miasto z dziewczynkami? Kupić fasolki wszystkich smaków! OKROPIEŃSTWO do potęgi n-tej. Wymiociny i zgniłe jajo to zbrodnia :(.


Po więcej zdjęć odsyłam Was na mojego instagrama. Jeśli jeszcze nie obserwujecie to koniecznie to nadróbcie :). KLIK KLIK KLIK!!!

Prezenty, z których bym się ucieszyła :).

     Dzisiaj przychodzę z bardzo świątecznym postem, ponieważ jest to trochę mój list do Pana M. (czyt. Mikołaja).  W tym roku nie byłam może do końca grzeczna i nie udało mi się zdobyć stypendium naukowego jak w zeszłym roku, ale starałam się jak mogłam! :D Poza tym byłam miła, kochana, przyjacielska i naprawdę nie chciałam ostatnio ukręcić głowy listonoszowi ;). Jeśli takie argumenty nie przemawiają to mam ich jeszcze trochę... Ale musiałabym Ci je zdradzić tak na ucho!
     Więc jeśli tu faktycznie jesteś to podrzucam taki mały kolaż tego z czego bym się naprawdę cieszyła:







  • Mój ukochany podkład Pro Longwear - i tak pewnie sama pobiegnę do MAC'a kupić go sobie, ale no coś tu musiałam wcisnąć ;). 
  • Suszarka Philips ThermoProtect Ionic HP 8232/00, czyli model który chodzi za mną już od jakiegoś czasu. Naprawdę staram się suszyć naturalnie włosy i wychodzi mi to w 99%, ale czasami są takie dni gdy po prostu potrzebuję na szybko gdzieś wyjść i skorzystać z pomocy suszarki. Moja już dawno przeszła na emeryturę, więc jeśli M. jesteś tutaj to proszę o taką suszareczkę <3.
  • Płyta... Przyznam szczerze, że dawno nie kupowałam płyt z muzyką. Ograniczałam się do YT albo radia, ale zdaję sobie sprawę z tego, że to nie to samo. Płyta, która za mną chodzi od jakiegoś czasu i mogę gwałcić replay to Sia - 1000 Forms Of Fear.
  • Essie - bardzo długo szał na te lakiery mnie omijał aż do dnia kiedy skorzystałam z DDD i zakupiłam z ciekawości 3 kolory. Od tej pory chcę już tylko Essie :)!!!
  • Bon podarunkowy do ulubionego sklepu (Reserved). Jest to na tyle bezpieczny prezent, że osoba obdarowywana za każdym razem się cieszy! Co prawda może nie wiąże się z jego zakupem wielki wysiłek, ale myślę, że dla osób, które mają problem z kupieniem odpowiedniego prezentu to najlepsze rozwiązanie. Wystarczy znać ulubiony sklep obdarowywanego, więc M. jak coś mój to Reserved :D.
A jak to jest z Waszymi prezentami? Czy marzycie o czymś szczególnym? 

Mikołajkowa paczka cudem odnaleziona?! Część druga.

     Wczoraj pisałam Wam o nieprzyjemnej sytuacji z listonoszem i z Pocztą Polską. Przyznam szczerze, że mam teraz ogromną niechęć do Poczty Polskiej i bardzo boję się cokolwiek zamawiać przez tę "instytucję". Pomijam fakt, że gdy dzwoniłam wczoraj pierwszy raz by zgłosić zaginięcie swojej paczki potraktowano mnie jak idiotkę i usilnie wmawiano mi, że moja mama nie wie co podpisuje i to ona ma moją paczkę! Dopiero gdy udało mi się dodzwonić po kilku godzinach i wprost powiedziałam, że zastanawiam się czy nie wystosować zawiadomienia do prokuratury ktoś potraktował mnie poważnie!!! Podstawa była jedna - podpis, który podobno miał należeć do mojej mamy. Kobieta, która odebrała telefon musiała wziąć sobie do serca moje słowa, bo nagle dzisiaj ni z gruchy ni z pietruchy pod moimi drzwiami pojawił się listonosz. I do tego z kartką, którą podobno podpisała moja mama (a wczoraj słyszałam od jednej miłej Pani, że nie mogę jej zobaczyć).
     Stety niestety listonosz nie trafił na mnie, bo pewnie nie zostawiłabym na nim suchej nitki. Ale wybrał się na "poszukiwania" mojej paczki. Jak się okazało moją paczkę zostawił bramę dalej u kobiety, która ją normalnie odebrała i jeszcze podała się za moją mamę. Oczywiście paczka została otworzona i jak się dowiedziałam od Pauliny z cieni zniknęła folia bąbelkowa, więc kobieta sobie trochę "pomieszała" paluszkami w paczce. Generalnie kosmetyki wyglądają na nienaruszone.
I tym optymistycznym akcentem wrzucam zdjęcie swojej paczuchy Mikołajkowej, doniesionej w Mikołaja!


Dziękuję Paulince za piękną paczkę. Mam słabość do rosyjskich kosmetyków i Paulina to wyczuła :). Do tego maseczki, które są nieodłącznym elementem mojej pielęgnacji i cienie Hean. Co prawda tę wersję kolorystyczną paletki mam, ale tę używaną dałam mamie :D (wiem, wiem jestem okropna!). I zapewniam Cię Paulinko, że nie miałam z tymi produktami wcześniej styczności (oprócz cieni).

P.S. Przygoda ta na pewno zapadnie w mojej pamięci na długo. Do tej pory nie mam pewności czy ta paczka faktycznie była u jakiejś kobiety bramę obok czy przytuliła się do listonosza. Nie mam tak naprawdę w niczym pewności. Ale dziś jest Mikołaj i po prostu odpuściłam...

Blogowe Mikołajki jednak nie dla mnie ... :(

   Gdy kilka miesięcy temu na blogu Natalii pojawiły się zapisy na Blogowe Mikołajki długo się nie wahałam! Musiałam się zgłosić :). Uwielbiam robić prezenty i je dostawać, no jak chyba każdy.
Po wypełnieniu ankiety na mój temat i zaakceptowaniu regulaminu, po kilku tygodniach dostałam informację o wylosowanej przeze mnie blogerce. Ja akurat trafiłam na Anię z bloga http://www.addictedtocosmetics.pl/. Przyznam Wam, że kupowanie Ani prezentu i szukanie po jej blogu co by mogło się spodobać, a co nie za bardzo było naprawdę ogromną frajdą! Co prawda nie ukrywam, że jest to wyzwanie kupić coś osobie, której upodobania zna się tylko z bloga i ankiety. Pewnie zawartość paczki i tak Ania pokaże na swoim blogu, przynajmniej tak mi obiecała ;). Cieszę się, że mogłam komuś sprawić radość tą paczką. To naprawdę fajna akcja, za którą trzeba na pewno pochwalić Natalię (organizatorkę!).

W moim przypadku natomiast jest inaczej... Paczkę robiła mi Paulina z bloga http://www.making-myself-beauty.blogspot.com/. Przyznam szczerze, że nie mogłam doczekać się swojej paczki. Byłam bardzo ciekawa czy Paulina miała też taką frajdę jak ja w przypadku kompletowania paczki dla Ani. Niestety dla mnie Mikołaj nie okazał się tak chojny. Chyba najwyraźniej nie byłam grzeczna w tym roku...
Wczoraj wieczorem napisała do mnie zdziwiona Paulina po moim komentarzu na jej fb, że jak to jest możliwe, że nadal nie mam paczki skoro w śledzeniu przesyłki jest jak byk napisane "Doręczenie przesyłki 2014-12-01 21:09 WER Wrocław". Wtedy kopara mi opadła... Naprawdę jestem uczciwą osobą i tego samego oczekuję od innych, a najwyraźniej któryś z pracowników Poczty Polskiej postanowił nawalić.
Dzisiaj rano byłam już na urzędzie pocztowym, dzwoniłam na infolinię i wykonałam mnóstwo innych telefonów. Już nawet byłam u Radcy Prawnego. Powód jeden: KTOŚ PODPISAŁ SIĘ ZA MOJĄ MAMĘ, ŻE ODEBRAŁ TĘ PACZKĘ! Podrobienie podpisu i kradzież w jednym - super. Ale ja tak tego nie zostawię. Paulina złożyła już reklamację, ja również. Oprócz tego kazałam Pani z sortowni przekazać, że mam zamiar złożyć zawiadomienie do prokuratury Panu listonoszowi. To oczywiście kazała mi się wstrzymać do jutra, że listonosz nie pamięta tej paczki i pojawi się pod tymi drzwiami pod którymi ją zostawił. A podobno przecież zostawił ją mojej mamie i to jeszcze w poniedziałek koło 21:00 gdzie ja, tata i mama byliśmy w domu. To wszystko nie trzyma się kupy... Już sama nie wiem co o tym myśleć, ale jestem ogromnie zrażona do tejże instytucji.
Oczywiście chciałabym bardzo podziękować Paulinie za starania i za czujność, bo gdyby nie ona dalej myślałabym, że po prostu jeszcze nie wysłała paczki.



W każdym bądź razie wrzucam zdjęcia zawartości mojej paczki, które dziś dostałam od Pauliny i mam nadzieję, że listonosz zatruje się słodyczami, a od kosmetyków dostanie pryszczy ;/.

Effaclar Duo [+], czyli moja opinia po około 3-4 miesiącach stosowania.

   Przepraszam za dość sporą "zawiechę" na blogu, ale się rozchorowałam, a do tego gonią mnie terminy związane z pracą licencjacką. Staram się naprawdę godzić wszystko, ale czasami mi po prostu nie wychodzi. Wiecie ubolewam nad tym, że nie można kupić jakiś super mocy i dodatkowego czasu w kiosku razem z gazetą... Myślę, że byłabym dość częstym klientem po tego typu dobroci.
W ciągu dwóch tygodni przez, które mnie nie było ściełam sporo włosy i pocieniowałam, a oprócz tego dałam się namówić na pierwszą w życiu hennę. I wiecie co?! Nie żałuję!
     Dzisiaj będzie na moim blogu recenzja kremu Effaclar Duo [+], czyli nowa wersja znanego Effaclar Duo. Stara wersja bardzo często gościła w mojej pielęgnacji, bo "niespodzianki" były codziennością. Aktualnie moja cera nie ma aż takiej skłonności do wyprysków jak kiedyś, ale nadal lubi sobie czasem coś wyskoczyć.
     W swojej cerze nie akceptuje dwóch rzeczy. Pierwsza to zaskórniki + rozszerzone pory, a druga to ogromna ilość sebum jaką produkuje moja skóra (cera tłusta). Mam jeszcze kilka potrądzikowych przebarwień, ale nie są one zbyt duże i rzucające się w oczy, więc nie przeszkadzają mi tak bardzo.

Co obiecuje producent, a czego oczekiwałam ja?
     Producent obiecuje zmniejszenie przebarwień potrądzikowych i nie powstawanie nowych zaskórników. Generalnie niedoskonałości mają być mniej widoczne, zredukowane; powierzchnia skóry ma być wygładzona, a dodatkowo ma zmniejszyć błyszczenie się skóry.
Ja oczekiwałam głównie zmniejszenia widoczności porów, zahamownia powstawania nowych zaskórników oraz zredukował świecenie się.



Co "dostałam" w rzeczywistości?
     Dostałam krem o bardzo lekkiej konsystencji, który używam tylko i wyłacznie na noc. Zdumiewająca wydajność (3-4 miesiące używania, a w mojej tubce wciąż znajduje się krem). Krem jest tak dobrze dostępny, że nie musimy dzwonić po aptekach i pytać "Czy macie Państwo Effaclar Duo [+]?". Myślę, że cena też nie jest jakoś bardzo wygórowana jak za taką wydajność.
Bardzo dobre opakowanie (tubka), które uniemożliwia nam grzebanie paluchem w nim, a "dziubek" który posiada dozuje odpowiednią ilość kremu.


Czy są efekty?
     SĄ, SĄ, SĄ! :) Pory są naprawdę zmniejszone, niektóre zostały tak genialnie zniwelowane, że nie mogę wyjść z podziwu. Nowe niespodzianki jeśli się pojawiają to rzadziej a oprócz tego szybciej się goją. Jeśli chodzi o błyszczenie skóry to ciężko mi tutaj do końca się wypowiedzieć, bo dużo też zależy od naszej dalszej pielęgnacji. Także są takie dni gdzie faktycznie widzę zmiany na plus, a są takie (szczególnie w trakcie okresu), że po prostu święce się bardziej. Na pewno za to zauważyłam zmniejszenie przebarwień potrądzikowych. Co prawda nie posiadam ich dużo i nie są nie wiadomo jak duże tak jak pisałam wyżej, ale na pewno nie muszę korzystać z korektora jak kiedyś.
Krem nie spowodował u mnie żadnych podrażnień, żadnego uczulenia czy przesuszenia. A moja cera w ostatnim czasie miała naprawdę tendencję do różnych reakcji alergicznych! 



Komu polecam?
     Na pewno osobom z podobną cerą do mojej tzn. tłustą, z zaskórnikami, rozszerzonymi porami. Nie wiem jak to wygląda w przypadku ropnych krostek czy trądziku różowatego, więc się nie wypowiem. W każdym bądź razie polecam go stosować na zasadzie kuracji 1-2 razy w roku przez 3-4 miesiące.

Berlin moim okiem + zakupy z Berlina (Primark).

  Gdyby ktoś mi zaproponował przeprowadzenie się do Berlina nie wahałabym się ani chwili! Pierwszy raz w Berlinie byłam gdy miałam chyba 16-17lat. Pamiętam, że była to wycieczka szkolna na Jarmark Bożonarodzieniowy. To wtedy zakochałam się w tym mieście.
Powrót do Berlina odbył się po ponad 4 latach, bo w zeszłym roku i od tam tej pory staram się odwiedzać to miasto raz na pół roku.
Do Berlina jeżdżę Polskim Busem z Wrocławia (P16) i wysiadam na dworcu autobusowym (Berlin ZOB). A po samym mieście poruszam się metrem (bilet kupuje się w biletomatach, w których jest język polski). Kompanem w mojej podróży tym razem była Ania, która dzielnie znosiła podróż, chodzenie po Berlinie i Primarku :D. Myślę, że lepszego kompana mieć nie mogłam! Dzięki Ania :*. Okej, koniec prywaty! Naszym celem na sam początek był Primark ten na Walther Schreiber Platz, a później pojechałyśmy do Primarku na Alexanderplatz. Nie mogłyśmy oczywiście spędzić całego dnia na zakupach, więc zrobiłyśmy sobie spacer od Wieży Telewizyjnej do Bramy Brandenburskiej mijając po drodze jedne z ważniejszych zabytków Berlina (tj. Katedra Berlińska, Wyspa Muzeów, Nowy Odwach, Uniwersytet, Nivea Haus). Na sam koniec rozstawiłyśmy sobie Bundestag, Reichstag, Pomnik Pomordowanych Żydów Europy i Sony Center.




  Zawsze gdy jestem w Berlinie obkupuję się w Primarku, DM, a oprócz tego w marketach w słodycze, których u nas nie ma. Dzisiaj bardziej skupię się na zakupach "primarkowych", ponieważ w DM kupiłam tylko szczoteczkę do twarzy, krem do twarzy i puder P2. A ze słodyczy została mi tylko nowa Milka... :(


 Ogólnie w Primarku jak zwykle dużo ludzi i trochę przecen! Oprócz zakupów dla siebie kupiłam też apaszkę mamie (2€), sweter tacie (8€) i t-shirty bratu (3€ sztuka). Poza tym wzięłam też pasek do spodni (2€) i skarpetki (3€ 7 par) i spodnie dresowe z napisami po bokach (przecenione z 10€ na 5€), ale ich tutaj nie pokażę :).
  Teraz zdjęcia rzeczy, które również kupiłam. Spodnie jeansowe z zamkami u dołu (15€) i czarne spodnie jeansowe (13€).


Spodnie do ćwiczeń/biegania w żywych kolorach (6€) i opaska na ramię na telefon (3€).


Piżamka z sarenką, która uwaga ma w spodniach kieszonki (10€) .


Zwykłe t-shirty (na zdjęciu brakuje czarnego) na ramiączkach (1,90€ sztuka) i z krótkim rękawem (3,30€). Do tego dwa naszyjniki - złoty (4€) i srebrny z serduszkami (2€).


Sweter ze srebrną, błyszczącą nitką i srebrnymi cekinami (12€).


Bluzka z doczepianym łańcuszkiem (przeceniona z 14€ na 5€).


Bluzka z gumką na dole i rękawkami a'la motylek (10€).


Długi, luźny sweter, który nie posiada guzików, ale za to ma po bokach dwie kieszonki. Przyznam szczerze ciężko mi było go uchwycić (15€). Ten sweter to jest mój must have tej jesieni i zimy!!!



Do Berlina planuję oczywiście wrócić w ciągu najbliższych miesięcy!!! 

Jak to jest z tymi moimi włosami, czyli pielęgnacja jesienno-zimowa.

   Co prawda najnowsze doniesienia wskazują na to, że zimy nie będzie, ale z nutką nadziei postanowiłam dołożyć w tytule "zimowa". Moje włosy jest to "wytwór", który raz kocham, a raz nienawidzę. Gdy przychodzi sezon grzewczy i pora przerzucać się na grubsze swetry i płaszcze, uwielbiają się elektryzować! Pomijam już fakt przyklapu i braku objętości w tych porach roku. Poza tym lubią się bardziej przetłuszczać i są jakby "cieńsze" (?!).
Odkąd farbuję włosy muszę pamiętać o systematycznym nawilżaniu i podcinaniu końcówek. Moje włosy i tak wykazywały ogromną tendencję do rozdwajania się przed farbowaniem, ale teraz to już jest "kosmos". Czasami z chęcią ścięłabym z 15-20cm żeby mieć spokój. Chociaż znając życie i to by nie podziałało, a dodatkowo bym się zapłakała i wylała "Morze Wrocławskie".
Ogólnie moja fryzura od kilku lat jest ta sama i długość włosów też. Powielam ciągle ten sam schemat i przyznam szczerze, że czasami zaryzykowałabym czymś nowym, ale najzwyczajniej w świecie się boję. Poza tym wiecie jak to jest z fryzjerami, każdy jest genialny w swoim fachu, a jak przychodzi co do czego to wychodzimy ze łzami w oczach. Ale okej nie miało być o fryzurach i moim strachu przed cięciem.
  Dzisiaj postanowiłam Wam pokazać kosmetyki do włosów, które już zaczęłam używać i mam zamiar używać w sezonie jesienno-zimowym. Większość z nich to nowości, których jeszcze nie pokazywałam na blogu. Kilka z tych rzeczy to już moi ulubieńcy, więc powstaną o nich osobne posty.

Szampony:
Pierwszy z nich to szampon G3 Omnia Mundi zapobiegający przetłuszczaniu się włosów. Używam go 1-2 razy w tygodniu by dogłębnie oczyścić włosy. Na pewno zauważam po nim przedłużoną świeżość włosów! Generalnie zostawia włosy tępe w dotyku i osoby, które mają tendencję do ich plątania to od razu zalecam użycie odżywki.


Drugi to szampon Insight, do codziennego użytku. Po tym szamponie włosy są przyjemnie wygładzone, pachną i nie są obciążone. Całkiem nieźle radzi sobie z oczyszczaniem włosów, ale tak jak już pisałam wyzej do tego celu preferuję G3.


(oba szampony pochodzą z hurtowni New Styler)

Odżywka:
Moje ulubione odżywki Garniera się skończyły, a że nie miałam możliwości targania zapasów z ostatniego wypadu do Berlina to przerzuciłam się na odżywkę firmy Cece of Sweden. Odżywka pochodzi z serii ARGAN, więc jak się można domyślić zawiera ona olejek arganowy. Włosy po niej są naprawdę wygładzone, nawilżone, rozczesywanie jest ułatwione, a oprócz tego nie zauważyłam tendencji do elektryzowania się po jej użyciu.


Maski:

Tutaj wymienię dwa produkty. Pierwszy z nich również pochodzący z hurtowni New Styler. Jest to maska z serii O-WAY Silk'n Glow o cudownym zapachu i genialnym efekcie wygładzenia, nawilżenia trzymającym się cały dzień!


Druga maska to Biovax GOLD, czyli połączenie 24-karatowego złota i organicznego oleju arganowego. Przyznam szczerze, że ją używam głównie w weekendy, ponieważ wtedy mam czas na dłuższe przytrzymanie maski na włosach ok. 15-20 min.



Inne:
Do kategorii inne zaliczę Jedwab, który jest ze mną od chyba dobrego roku. Jest to jedwab firmy Green Pharmacy. Za pewne bardzo dobrze Wam znany!


I prawie bym zapomniała o moim ukochany oleju do włosów IHT9. Pisałam już na moim blogu jego recenzję, więc nie będę się rozwodzić, a po prostu zostawię link (klik).

Nigdy nie rób nic na siłę! Nie daj się zwariować!

  Tak ostatnio dużo myślałam o życiu, o Nas Kobietach, o naszym podejściu do życia i samych siebie. Wiele z nas usilnie próbuje przypodobać się innym. Na siłę szukamy sposobów na lepszy wygląd, odchudzamy się, wklepujemy kremy przeciwzmarszczkowe, a gdy to nie pomaga stoimy w kolejce do chirurga plastycznego. Pewnie trochę generalizuję, bo do tych osób sama nie do końca należę, ale też chcę trochę poruszyć temat stereotypowego myślenia.


  Myślę, że 99% z Was widziało nie przypominającą siebie Renee, ponieważ tym widokiem uraczyły nas Fakty o 19:00 kilka dni temu. Zastanawiałam się co skłania taką kobietę do robienia sobie takiej "krzywdy". Przepraszam, ale w tym momencie nie jestem w stanie tego inaczej określić! I wypisałam sobie kilka punktów dlaczego, po co i na co.

1. Nadmiar pieniędzy, ten punkt dotyczy głównie gwiazd albo osób, które zarabiają niezłą kasę. Często gęsto cierpią na taką przypadłość, która się nazywa "nie wiem na co wydam, to wydam na ...". I najczęściej pada na jakąś głupotę. Dlaczego nie cele charytatywne?! Wesprzyj kobieto organizację czy fundację i ciesz się uśmiechem dziecka, które może być rehabilitowane albo, że kolejny koń został uratowany z Morskiego Oka. 
2. Kompleksy. No, ale kto ich nie ma?! Np. taka sobie ja. Lekko garbaty i przydużawy nos - po mamie. Krągłe uda i boczki, których nie sposób tak łatwo zgubić. Problematyczna cera - również po mamusi i usta jak niteczki - po tatusiu. Ale uważam, że w pewien sposób składa się to na moją oryginalność i wyjątkowość. I fakt byłam wyśmiewana w dzieciństwie, a to "Pinokio", a to "Wąglik" (bo wągry). Ale uważam, że z kompleksami trzeba sobie poradzić od środka, że trzeba zacząć od naszej głowy. Polubić siebie takimi jakimi jesteśmy. A nie wybierać najprostszą drogę, która często okazuje się nie być najlepszą.
3. Stereotypy. Gładkie modelki, Beyonce redukująca wielkość swoich bioder i znikające jak za odjęciem ręki zmarszczki aktorek. Boże jak facet ma kochać taką Helcię, która umie gotować, ma kobiece kształty, piegi i garbaty nosek skoro z każdej strony atakują go "piękne" Panie. Czasem mam wrażenie, że ten cały świat showbiznesu działa na zasadzie gumki w Paint'cie. Coś mi się nie podoba to wymażę, zamażę i gra! Drogie Panie nie dajmy się zwariować. Nie bądźmy jak manekiny na wystawach sklepowych - chude, z okrągłymi cy...piersiami i nie mające mimiki twarzy, bo ogólnie przesadziłyśmy z botoksem.


4. Bo chłop nie akceptuje. Nie akceptuje to jego strata! Znajdzie się taki, który pokocha Cię za krzywą jedynkę i wyskakujące raz w miesiącu przed okresem pryszcze. Naprawdę nie warto tracić czasu na frajerów, którzy myślą, że są bogami i ogólnie to powinnaś mu czyścić buty.
Pan X naciskał, naciskał, naciskał i nacisnął. Helcia pobiegła zrobiła operację! Ma już piękne ząbki, pokaźne piersi, całuśne usta i nagle nie ma tych "kurzych łapek", które zrobiły jej się przez to, że z jej uśmiechem uśmiechały się też oczy. Pan X po miesiącu znalazł sobie następną ofiarę, a Helcia cóż została sama z kredytem wziętym na operacje.

Podsumowując NIC NA SIŁĘ. Każda z nas jest piękna na swój sposób zewnętrznie i wewnętrznie. Zaakceptuj swoje wady, pogódź się z nimi i zobacz, że masz 10 razy więcej zalet! Nie starajmy się być do końca życia piękne i młode. Starość nie musi być smutna i szara. Wszystko zależy od tego jak poprowadzisz swoje życie, a nie od skalpela i strzykawki z kolejnymi dawkami "cudownych" substancji. A tak jednym prostym zdaniem to IDEAŁÓW NIE MA :).

P.S. Nie kieruję tego postu w żaden sposób do osób, które gdzieś tam korzystają z zabiegów. Są to moje przemyślenia i nie musisz się z nimi zgadzać ;).

I kiedy wydaję Ci się, że chwyciłaś Boga za nogi...

  Jakiś czas temu założyłam sobie konto na portalu społecznościowym (może trochę bardziej randkowym) z ciekawości, trochę z desperacji (:D), ale też z chęci poznania kogoś nowego. Byłam bardzo ciekawa tego jakich powiedzmy sobie szczerze facetów tam poznam. Ostatnio poczytałam trochę postów malviny-pe, ale jakoś nie odnalazłam na tym portalu "budowlańca" czy "cukiernika". Ci co czytali jej posty pewnie wiedzą o czym mówię, a jesli nie to zostawiam link. Za to wychwyciłam kilka typów, które z chęcią bym dopisała do jej listy.

"Koks"
  Od końca kwietnia mam odchył na punkcie biegania, ćwiczeń i zdrowego żywienia. W życiu nie myślałam by temat ćwiczeń stał się głównym tematem na randce, ale teraz wiem, że nie wiele traciłam. Pan X mógł mi dzień w dzień opowiadać o tym jaki wybrać ryż w sklepie i gdzie najlepiej go kupić, uwielbiał wysyłać zdjecia swoich posiłków i w wolnej chwili selfie z siłowni. Jedyne słowa jakie pamiętam z naszej randki i rozmów po niej to "siłka, białko, kurczak, odżywki". Ach i nie zapomnę tego jak beknął mi do słuchawki i zamiast powiedzieć "przepraszam" usłyszałam bezcenne "No co? Żaby w stawie".




"Fetyszysta" do tego niezdecydowany
   Przystojny, ciemne włosy i oczy, bardzo męski, ale nie za bardzo inteligentny. Po 15 minutowej rozmowie przez komunikator na tym portalu przeszliśmy na facebooka. Jego interfejs jest dla mnie bardziej przyjazny i mam go ogarniętego. I właśnie wtedy zaczęłam żałować tego kroku... Przez 30 minut rozmowa kręciła się wokół tego bym wysłała mu zdjęcie swojej stopy. Gdy stanowczo odmówiłam usłyszałam, a raczej przeczytałam, że "jestem fajna i ładna, że miło było poznać, ale on nie chce takiej niezdecydowanej" czy coś w ten deseń. Nie minęła godzina dostaję wiadomość "Ale wiesz jakbyś zmieniła zdanie to ja z chęcią Cię poznam!". I kto tu jest niezdecydowany?!


"Pan Pedagog"
   Inteligentny, przystojny, nie za wysoki, ale wyższy ode mnie. Rozmowy trwające godzinami, wspólne tematy i żarty. Wydawał się najlepszy z tych wszystkich facetów, których poznałam na tym "zacnym" portalu. Pierwsza randka trwająca pół dnia i mogłaby trwać jeszcze dłużej. Ale Pan Pedagog ma już we krwi wystawianie diagnoz ludziom. Tak, więc gdy najpierw oznajmiłam, że nie wiem czy się spotkamy, a później zadzwoniłam, że możemy się spotkać usłyszałam, że moje zachowanie jest schizofreniczne. Podziękowałam za diagnozę i od tam tej pory cisza.

(do Pana Pedagoga nie znalazłam odpowiedniej grafiki :()

A Wy macie jakieś swoje typy? Z chęcią tę listę uzupełnię o Wasze! :)

Jak zadbać o siebie w 8m2? #4 Kaloryfer czy bojler?

  Dawno nie pojawiałam się tu post z serii "Jak zadbać o siebie w 8m2?". Żeby nie było nie przestałam ćwiczyć!


Aktualnie jestem na etapie kompletowania stroju na chłodniejsze dni (biegam do tego głównie wieczorami). Do całości brakuje mi jeszcze czegoś z długim rękawem i dobrej opaski (co by nie było zimno w uszy). W ogóle przyznam Wam szczerze, że jestem tak "wkręcona" w bieganie, że od przyszłego roku planuję pobiegać trochę w zawodach i poczuć tego ducha rywalizacji i zaangażowania wraz z innymi biegającymi osobami.


   Przejdę teraz do tytułu postu i zadanego w nim pytania "Kaloryfer czy bojler?".
Idzie zima Drogie Panie, nie ma się co oszukiwać! Wiele z nas już pewnie zaczęło podjadać ulubioną czekoladę i zwiększyło porcję na śniadanie, obiad i kolację. Pomijam ciepłe łóżeczko i kołderkę, bo jeszcze u niektórych sezon grzewczy się nie rozpoczął. Przyznam szczerze, że mało brakowało, a dołączyłabym do tej opisywanej wyżej grupy, ale wystarczył jeden prosty zabieg - urozmaicenie mojej diety.
Oczywiście nie jestem na jakiejś diecie odchudzającej, po prostu staram się jeść zdrowiej (jem z głową), nie smażyć wszystkiego co popadnie i nie wlewać niewiadomo ile oleju na patelnie. Zrezygnowałam z niektórych pozycji, które do tej pory gościły w moim menu tj. m.in. kotlety mielone. Do tego rozpisałam sobie w jakie dni ćwiczę, a w jakie biegam i które dni zostawiam sobie wolne od jakiejkolwiek aktywności fizycznej (trzeba dać odpocząć mięśniom!).


   Jeszcze w zeszłym roku wyznawałam zasadę, że najlepszy na zimę jest bojler! W końcu wiecie trochę tłuszczu, ma co grzać, jest się podobno do czego przytulić i nosicie w zasadzie tyle warstw na sobie, że nikt nie rozpozna czy mamy bojler czy kaloryfer (więc po co tracić czas na ćwiczenia?!).
Jednak odkąd ćwiczę i jem inaczej to nigdy nie czułam się tak lekko i pewnie w swoim ciele! Co prawda szcześciopaku wyrzeźbionego na brzuchu nie mam, ale na pewno nie przypomina on bojlera. Nie boli mnie żołądek i nie mam żadnych problemów z nim związanych. Nawiązując jeszcze do aspektów zdrowotnych to odkąd biegam nie złapało mnie żadne przeziębienie ani choróbsko (odpukać!).


  Tak więc w tym roku zmieniam swoje przekonania i wybieram kaloryfer! I zachęcam Was do tego wyboru :). A może tak razem wymienimy bojler na kaloryfer? Bo już w następnym poście z serii "Jak zadbać o siebie w 8m2" o mojej ulubionej muzyce, która towarzyszy mi w trakcie ćwiczeń/biegania. 

MAC Prep+Prime - drogi puder o prostym składzie.

   Puder Prep+Prime kupiłam razem z podkładem Pro Longwear (klik), który jak wiecie sprawdza się u mnie gernialnie! Przed zakupem pudru oczywiście poczytałam recenzje na wizażu i na blogach, do tego konsultantka w salonie stwierdziła, że będzie on idealny do mojej cery (tłusta z rozszerzonymi porami). Stwierdziłam, że skoro ma tyle dobrych opinii (nawet u osób z cerą tłustą i mieszaną) to go kupiłam.


    Puder dostajemy w solidnym plastikowym opakowaniu, które zapakowane jest w tekturowe, czarne pudełko, ale nie byle jakie, ponieważ jest ono brokatowe! Za 8g tego proszku (czyli w większości za skrobię kukurydzianą, krzemionkę i mikę) musimy zapłacić 100zł. Puder na pewno nie należy do tych drobno zmielonych (nie wiem czy to tylko moja wersja, ale przez dziurki wysypują mi się małe bryłki pudru) i nie nadaje się do torebki (do poprawek w ciągu dnia), ponieważ lubi się wysypywać. Uwagę tę kieruję do osób, które jak ja nie lubią pudrów prasowanych i nawet do torebki wrzucają sypkie pudry!


  Producent obiecuje jedwabiste wykończenie, zmniejszenie błyszczenia skóry i widoczności porów, zmarszczek i wszelkich innych niedoskonałości. Ze wszystkim PRAWIE jestem w stanie się zgodzić. Puder nie daje efektu płaskiego matu, co przyznam szczerze nie każdemu może się podobać. Po nałożeniu widoczność porów jest zniwelowana, co do zmarszczek się nie wypowiem. Jedyne z czym się niestety nie mogę zgodzić i do czego mam największy zarzut to fakt, że moją cerę trzyma w rydzach przez jakieś 30min do godziny. Dla mnie jest to naprawdę kiepski wynik szczególnie, że puder ten kosztuje aż 100zł!!! O wiele lepiej radzi sobie u mnie modyfikowana skrobia kukurydziana Dry-Flo, za którą musimy zapłacić tylko 14zł (a ma 100g!!!). Próbowałam go nakładać na dwa sposoby: wklepywanie/wciskanie go gąbeczką w miejsca, które najszybciej mi się przetłuszczają i omiatając twarz pędzlem. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie matowił na dłużej. Poza tym trzeba uważać przy nakładaniu, ponieważ można z nim przesadzić i wyglądać jak córka młynarza.


  Ciągle się waham czy schować go do szufladki bubli czy nie. W końcu w większości obietnice producenta są spełnione, ale dla mnie ta najważniejsza niestety nie :(.  Chyba pozostawię go w grupie "ani to bubel ani to ulubieniec", a więc zużyję i nie kupię więcej. Niestety już któryś raz się nadziałam, że zachwalane kosmetyki się u mnie nie sprawdzają. Tylko szkoda, że ten produkt kosztował aż 100zł!
Na sam koniec pełny skład: Zea Mays (Corn) Starch, Silica, Mica, Zinc Stearate, Caprylyl Glycol, 1,2-Hexanediol.

Blogerka kosmetyczna też człowiek.


   Dzisiejszy post będzie wylaniem moich myśli, tego co gdzieś tam we mnie siedzi od jakiegoś czasu. Odkąd założyłam bloga były we mnie 3 etapy (co prawa zatrzymałam się aktualnie na trzecim). Pierwszy to chęć ukrycia przed wszystkimi swojego bloga, drugi pochwalenie się każdemu o jego istnieniu, trzeci żałowanie, że niektórzy znają jego adres.


   Zauważyłam, że w szczególności część męska, gdy słyszy, że ktoś prowadzi bloga urodowego/kosmetycznego to według nich ma g*wno w głowie. Bo przecież co można więcej pisać o kosmetykach?! Wszystko napisał producent na opakowaniu, ale czy nie chciałbyś/chciałabyś wiedzieć czy jest na pewno taki dobry jak twierdzi producent?! Ciąży na nas ogromna odpowiedzialność doradzając Wam ten, a nie inny kosmetyk, gdy zachwalamy jakiś produkt. Niektórzy twierdzą, że nie ma to nic wspólnego z wiedzą, a takie coś jak inteligencja u nas nie istnieje i trzeba ją skrupulatnie badać (najlepiej dzień w dzień).


   Pomijam już takie opinie jak to, że jesteśmy łakome na kosmetyki i za darmowe zabijamy siebie nawzajem. I nie wierzcie ludzie w przyjaźnie blogowe, bo i tak kopiemy pod sobą dołki i oczerniamy się za plecami.
  W ogóle to co ja będę owijać w bawełnę - leżymy i pachniemy! Nie wiemy co to praca, bo każda z nas zbija kokosy z blogowania i mamy milion urządzeń przenośnych zapewniających kontakt z Wami nawet gdy siedzimy w toalecie (z powodu wiadomych czynności). Na ulicach zaczepiają nas ludzie o autografy i wspólne selfie.
   Wiem, że ten post jest ogromnie ironiczny, ale mam nadzieję, że niektórzy w końcu ruszą swoją głową i przestaną być tak ograniczeni umysłowo!!!
Blogerki to często wykształcone kobiety, które pokończyły studia magisterskie i mają stałą pracę. Bloga traktują jako pasję i większość z nich nie zarabia na nich. Nie leżymy i nie pachniemy, wiemy co to praca i nieraz nie możemy sobie pozwolić na systematyczność. Świat blogowy choć wydaję się ogromny to wręcz powiem, że większość z nas się kojarzy po adresie bloga i dzięki temu blogowi poznałam wiele genialnych dziewczyn, których inteligencji nie trzeba poddawać próbie!
Poza tym bez darmówek da się żyć czego jestem od kilku miesięcy najlepszym przykładem.
Sławy nie ma! Odkąd prowadzę bloga zaczepiła mnie tylko jedna dziewczyna na ulicy, czy ja to "zauroczona-kosmetykami", nie ma selfie, nie ma autografów.
 KROPKA.

Sierpień w zdjęciach.

   Sierpień był dla mnie miesiącem pełnym emocji, łez, uśmiechu, gniewu i urlopu. Po 4 latach wróciłam nad nasze ukochane morze, do miejscowości która była mi zawsze bliska (Dźwirzyno). Ale o wszystkim poczytacie niżej :).


1. Zakupiłam dwa produkty z nowej serii Ziaji i przyznam szczerze, że krem to totalny niewypał. W życiu mnie tak po żadnym kremie nie piekła twarz. Pasta ma się lepiej, ale szału na mnie nie zrobiła - niestety! W gratisie dostałam próbkę żelu.
2. Gdy pod swoją pracą zobaczyłam wóz strażacki wystraszyłam się, że coś się pali. Jednak jak się później okazało bardzo mili Panowie strażacy wpadli na kawę do budki, która stoi obok.
3. Rękawki a'la motyl od zawsze mi się podobały, ale gdy już mam taką bluzkę nie do końca jestem przekonana... :( (i ten syf w tle ;/).
4. Ostatnie foto przed wizytą u fryzjera, która skończyła się farbowaniem i cięciem! :)



5. I tak się kończy pakowanie z moim kotem... Wbiła się do torby i nie dała włożyć żadnej rzeczy.
6. UZNAM/PIRAT pociąg, który ma tak okrężną trasę, że jedyne co jest pocieszające to fakt, że jedzie przez noc. 

7. Widok na niebo w dniu przyjazdu do Dźwirzyna! A pomyśleć, że w piątek przed wyjazdem "płakałam", że niepotrzebnie kupiłam strój! :D
8. Moooooorze!!! <3 Czekałam na ten widok 4 lata!



9. Udało się wbić w nowy strój, więc banan na twarzy był :). 
10. Wieczorny spacer po plaży z osobą, która kiedyś znaczyła dla mnie bardzo dużo... I, z którą spotkałam się po 5 latach choć przyznam niepotrzebnie :(. Bo najgorsze to rozgrzebywać przeszłość, uwierzcie!
11. Piękne niebo nade mną, a za parawanem morze. Czego chcieć więcej?!
12. Widok na zaczynający się zachód słońca nad Jeziorem Resko.


13. I kontynuacja zachodu słońca, który widać na zdjęciu nr 12. Z tym, że teraz wersja z morzem :).
14. Siedzenie na plaży - nic tak nie doładowuje, nie sprawia przyjemności i nie przywołuje przyjemnych wspomnień.
15. Wszystko co dobre szybko się kończy, czyli w oczekiwaniu na mój pociąg na dworcu w Kołobrzegu :(.


16. Pozostając w klimacie morza - karteczka od przyjaciela z Łeby :). Swoją drogą trochę mi przykro, że ludzie wysyłają coraz mniej kartek.
17. Książka, która wzbudziła we mnie cały alfabet emocji! Pochłonęłam ją w niecały dzień. "Hopeless" polecam!
18. Pazurki zrobione przez koleżankę w sam raz na wyjazd nad morze. 
19. I na sam koniec selfie w sweterku z Mohito (w ogóle zastanawiam się czy go nie oddać?!).

A jak minął Wam sierpień? Czy też był to miesiąc urlopowania się?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...